Od XV do XVIII wieku bieszczadzkie wioski i miasteczka nieustannie niszczyły najazdy czambułów tatarskich i rabunkowe napady zbójników węgierskich zwanych „tołhajami”. W owych czasach wszystkie dwory szlacheckie i zamki magnatów były prawdziwymi fortecami.

Mieszkający we wsiach górskich rycerze fortyfikowali swoje dwory zbudowane z grubych bali jodłowych bądź modrzewiowych w bardzo przemyślany sposób. Miały one małe zakratowane okna, solidnie okute drzwi, okienka w dachu gontowym z wyjściem na jego kalenicę, często podziemne tunele do ewakuacji oraz dobrze zaopatrzone w żywność i broń piwnice. Podobnie jak zamki i miasta, dwory otaczano również fosami wypełnionymi wodą, nad którymi ciągnęła się palisada wykonana z wielkich i ostro zaciosanych bali wkopanych w ziemię pod kątem ostrym, a za nią podobnie wykonane parkany wzmocnione zasadzoną tarniną. Nad solidną i mocno okutą  bramą wjazdową budowano pomieszczenia dla strażników, którzy nocą na znak czujności co pewien czas dmuchali w piszczałki.

         Budowane z kamienia zamki magnatów i miasta otaczano wówczas solidnymi murami, mostami zwodzonymi, opuszczanymi kratami żelaznymi, a nawet barbakanami. Zamożnych magnatów stać było także na utrzymanie liczniejszych służb i trębacza, którego zadaniem było sygnalizowanie niebezpieczeństwa lub przyjazdu ważnych gości do zamku.

         Takiego trębacza Bartosza utrzymywano też na zamku leskim. Czuwał on przez długie lata dniem i nocą w najwyższej wieży zamkowej, z której rozciągała się rozległa panorama na najbliższą okolicę. Często wygrywał dostojne melodie, sygnalizując zbliżający się orszak rycerski lub karetę z ważnymi gośćmi, a niekiedy ostrzegał też znanym powszechnie sygnałem o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Wtedy to wszyscy bez wyjątku mieszkańcy miasta i załoga zamku wbiegali na mury, by bronić miejsca swego zamieszkania. Trębacz Bartosz wielokrotnie zapobiegł nieszczęściu i był bardzo cenionym sługą.

         Gdy zmarł ostatni rycerz z rodu Kmitów i zamek przeszedł pod panowanie Stadnickich, nastały trudne czasy dla zamkowej służby. Nowy właściciel był człowiekiem gwałtownym, wybuchowym, niepohamowanym i nieobliczalnym w swoich decyzjach. Za byle przewinienie lub niedokładne  wykonanie obowiązków karał osadzeniem w zamkowych lochach, a nawet śmiercią lub wymyślnymi torturami. Po kilku przypadkach wyjątkowej jego złośliwości względem poddanych czy nawet własnej rodziny, strach padł na całą zamkową służbę.

         Nowy pan był wyjątkowo zazdrosny i niemiły dla najbliższego swego otoczenia. Swoją piękną żonę i urodziwe córki zamykał najczęściej w komnatach poddasza, aby nie wzbudzały podziwu wśród odwiedzającego Lesko rycerstwa. Gdy razu pewnego, podczas turnieju na placu zamkowym jeden z rycerzy z dalekiej Litwy po zwycięskim pojedynku, złożył dziedziczce wyrazy uszanowania i przysięgę obrony jej czci, Stadnicki zamknął go na wiele miesięcy w lochach, łamiąc obyczaje rycerskie. Dopiero interwencja samego króla przyniosła więźniowi wolność. Najstarszego syna, który ośmielił się jako rycerz stanąć w obronie znieważanej matki, kazał związać i wychłostać, co było wówczas bardzo poniżającą karą dla szlachetnie urodzonego. Okazywana pogarda i okrucieństwo wobec służby zamkowej wywoływały paniczny strach przed samowolą nowego właściciela. W końcu jego ofiarą został powszechnie szanowany na zamku i w mieście sędziwy trębacz Bartosz. Pewnego deszczowego wieczoru, gdy mrok ogarnął miasto  i okolicę, wiekowego już Bartosza zmorzył sen i zdrzemnął się w swojej zamkowej wieży.

W tym czasie, niedostrzeżeni przez nikogo we mgle, podjechali pod zamkowa bramę zacni goście z Łańcuta, a ich trębacz zagrał hejnał rodowy, oznajmiając przybycie dostojnych gości. Zaskoczeni strażnicy zamkowi zerwali się na równe nogi, a ich dowódca szybko pobiegł do dziedzica, pytając o zgodę na opuszczenie mostu zwodzonego i wpuszczenie gości do zamku. Gdy ją uzyskał, szybko pobiegł do bramy zamkowej wykonać polecenie swego pana. Gości powitano serdecznie, zabawili kilka dni w Lesku oraz dwa dni w okolicznych lasach na polowaniu.

         Po ich odjeździe dziedzic kazał przyprowadzić do siebie trębacza Bartosza. Gdy staruszek stanął przed jego obliczem, rozgniewany pan zapytał: - Czemu nie zatrąbiłeś pierwszy, oznajmiając przybycie tak ważnych gości?

         Zasmucony Bartosz odpowiedział wówczas: - Jaśnie panie! Tego wieczoru mgła była tak mocna, że nikt ze straży, ani ja z wieży nie zauważyliśmy tego orszaku.

         Rozwścieczony dziedzic wrzasnął: - A gdzie masz uszy głupcze? Nie słyszałeś odgłosów kopyt końskich na drodze! Spałeś zapewne, leniu! Uczciwy Bartosz wyznał wówczas, że nie usłyszał, bo chyba w taką pogodę sen go zmorzył na chwilę. Przepraszając za to pierwsze w jego służbie zdarzenie, zapewniał, że nigdy więcej się to nie powtórzy. Lecz okrutny pan wrzasnął jeszcze głośniej: - Sen cię zmorzył, mówisz! Oj, będziesz miał go sporo! I kazał zacnego staruszka strącić
do najgłębszych lochów zamkowych, aby w ciemnościach wyspał się do woli.

Osadzono trębacza Bartosza w najciemniejszym i najwilgotniejszym lochu leskiego zamku. Jego podupadłe zdrowie po wieloletniej nienagannej służbie w zimnej zamkowej wieży nie było w stanie znieść tak ciężkich warunków więzienia. Po kilkunastu dniach przebywania w zimnej, wilgotnej i zatęchłej piwnicy, gdy w zamkowych komnatach odbywała się wielka uczta z okazji przybycia kolejnych gości, morzony dodatkowo głodem stary trębacz Bartosz kończył swój żywot. Odchodził z tego świata w ciemności, osamotniony, lecz pojednany z Bogiem.

Gdy rozbawieni goście wybiegli późną nocą z sali przyjęć na dziedziniec zamkowy, by oglądać salwę z dział armatnich, z wieży rozległ się donośny, przejmujący i pełen grozy dźwięk trąbki Bartosza. Przerażeni goście zaczęli uciekać w bezwładzie, zatykając sobie uszy, damy padały zemdlone ze strachu, a przywiązane konie stawały dęba i rwały postronki. Nowego dziedzica ogarnęła trwoga.
Z krzykiem uciekł do swej komnaty i zawezwał do jej pilnowania wszystkie straże. Zdarzenie to było tak piorunujące dla niego, że postradał zmysły i na oczach gości zachowywał się nie jak rycerz, lecz największy tchórz. Zacni goście, widząc jego zachowanie, w popłochu opuścili zamek.

Niektórzy ze strażników mówili, że widzieli Bartosza na wieży. Okrutny pan kazał natychmiast przyprowadzić go do siebie. Gdy strażnicy zeszli do lochów, odnaleźli tam już wychłodzone ciało nieszczęsnego staruszka. Uprosili swego pana, aby zezwolił uroczyście go pochować. Myśleli, że w ten sposób dusza zmarłego już więcej nie powtórzy dramatycznego incydentu. Nazajutrz w pogrzebie uczestniczyli wszyscy mieszkańcy miasta tak bardzo wdzięczni Bartoszowi za ostrzeżenie ich przed niejednym najazdem Tatarów. Okrutny i przerażony dziedzic nie opuszczał jednak swej komnaty, której nieustannie strzegły liczne straże.

Gdy zapadł zmrok i nastała ciemna noc, dokładnie o tej samej porze co dnia poprzedniego (tj. w chwili śmierci sędziwego Bartosza), mocny i zawodzący głos trąbki ozwał się z zamkowej wieży, stawiając na nogi wszystkich mieszkańców zamku i miasta. Rozdygotany z przerażenia dziedzic rozkazał pojmać Bartosza na wieży, ale gdy ci przybiegli z powrotem bladzi z przerażenia i oznajmili, że w pomieszczeniu wieży gra ktoś, kogo nie widzą, zbladł jeszcze bardziej i zatkał sobie uszy. Zdarzenie powtarzało się w każdą kolejną noc o tej samej porze. Okrutnego dziedzica opuścili wkrótce najbliżsi, uciekając z zamku leskiego. Gdy został sam, dostał obłędu i niebawem odszedł z tego świata w wielkim cierpieniu.
Po jego śmierci ustało też nocne granie, a na zamku zamieszkał z czasem kolejny ród rycerski. Głos trąbki Bartosza odzywał się jednak tylko w chwilach największych niebezpieczeństw dla mieszkańców miasta, ratując ich wielokrotnie przed nieszczęściem lub zdradzieckim napadem.

 

Legenda „O Bartoszu Trębaczu z zamku leskiego” pochodzi z przewodnika „Lesko i okolice” autorstwa Stanisława Orłowskiego.
Zamieszczono za zgodą autora.