Położony na urwistym stoku górskim przy zakolu Sanu sobieński zamek Kmitów już od czasów króla Kazimierza Wielkiego był miejscem spotkań wielu ważnych osobistości. Jego zarządcy i właściciele niejednokrotnie podejmowali podróżujących z Krakowa na Ruś lub do Lwowa dostojników państwowych oraz władców Polski.

Gdy król Władysław Jagiełło poślubił w Sanoku trzecią z kolei swoją małżonkę – Elżbietę, w komnatach sobieńskiego zamku marszałek wielki koronny Piotr Kmita urządził dla pary królewskiej ucztę weselną. W owym czasie zamek ten przeżywał okres największej świetności, a na turniejach rycerskich u jego podnóża zmagali się najsławniejsi rycerze epoki średniowiecza.

Warto wiedzieć, że w czasach Piastów i Jagiellonów nasz kraj łączyły z Węgrami mocne więzi przyjaźni, a wielu polskich rycerzy z Podkarpacia poślubiło piękne kobiety ze znanych węgierskich rodów rycerskich. Wśród możnych znajomość języka węgierskiego i polskiego była w owych czasach konieczna. Wzajemnym kontaktom towarzyskim i handlowym sprzyjały wówczas prowadzące z Polski przez przełęcze beskidzkie na południową stronę Karpat dobrze utrzymane szlaki handlowe. Nimi właśnie przybywali do nas kupcy węgierscy ze swoimi towarami i młodzi rycerze wabieni urodą tutejszych niewiast o jasnych włosach.

         Pewnego razu na jednym z jesiennych turniejów pod zamkiem sobieńskim pojawił się piękny, młody i nieco tajemniczy rycerz z Węgier. Nikt nie wiedział wówczas, że pochodził on ze znanego rodu książęcego. Po odniesieniu wielu zwycięstw nad naszymi rycerzami z podkarpackich zamków wzbudził wielki podziw i został ogłoszony zwycięzcą turnieju. Zwyczajem rycerskim złożył wówczas ślub wierności niezwykle urodziwej córce dziedzica – 12 – letniej Małgorzacie Kmitównie. Wydarzenie to nieco zaniepokoiło właściciela zamku, który zauważył, że w chwili składania ślubu wierności w obronie czci jego piękna córka wpatrywała się w węgierskiego rycerza jakby zahipnotyzowana. Zrozumiał, że ten piękny i niezwykle utalentowany młodzieniec przypadł jej do gustu. Cenił jego niebywałą odwagę i męstwo w turnieju oraz szlachetne usposobienie, lecz nie wiedział, kim jest naprawdę. Rękę swojej córki obiecał już swemu zamożnemu przyjacielowi i jako rycerz powinien dotrzymać słowa.

         Po zakończonym turnieju rycerze rozjechali się w swoje strony, a spacerująca po nadsańskiej okolicy piękna Małgosia wzbudzała swą niezwykłą urodą podziw u pracujących w polu chłopów i podróżujących traktem królewskim podróżnych. Ubrana najczęściej na biało biegała po kwiecistych łąkach niby motylek. W okresie zimy przyodziana w białe futerko z gronostajów i białą czapeczkę wyglądała jak „królewna śnieżka”. Nic dziwnego, że w okolicy zwano ją powszechnie „sobieńskim aniołem”.

         Gdy przyszła wiosna i zakwitły majowe kwiaty starsza o rok Małgosia nadal hasała po nadsańskich łąkach. Pewnego razu oddaliła się nieco od zamku i na leśnej polance przy spływającym z Gór Słonnych strumieniu ujrzała przywiązanego osiodłanego konia. Gdy z ciekawością podeszła  bliżej, z zarośli wyłonił się poznany przed rokiem piękny rycerz z Węgier i oznajmił jej, że przyjechał tutaj z tak daleka, aby jeszcze raz ją zobaczyć. Oszołomiona takim wyznaniem i niezwykle uradowana wdała się z nim w rozmowę. Czas płynął szybko i powoli zbliżał się wieczór. Gdy zorientowała się, że jej długa nieobecność mogła  wywołać zaniepokojenie w zamku, postanowiła szybko wracać do swoich. Piękny rycerz obiecał czekać na nią w tym samym miejscu dnia następnego.

         Po powrocie do zamku Małgosia była bardzo radosna i nieco zmieszana, co zauważyli jej rodzice i służąca. Na pytanie, gdzie tak długo przebywała, nie potrafiła od razu odpowiedzieć. Nie chciała ujawnić polanki, na której spotkała urodziwego rycerza z Węgier i opowiadała o spacerze po kwitnącym i pięknym o tej porze roku lesie. Stary Kmita polecił służącemu na wszelki wypadek dyskretnie obserwować córkę w czasie kolejnych dni. Ta zaś niczego nie podejrzewając w dniu następnym zamiast nad San udała się od razu na spacer wzdłuż leśnego strumienia, by jak najszybciej znaleźć się na leśnej polance. Nie zauważyła, że śledzi ją stary sługa ojca, dyskretnie kryjąc się za pniami drzew.

         Na polance powitał ją radośnie ubrany na czarno nieznany rycerz z Węgier i ucałował jej dłoń. W rozmowie Małgorzata opowiedziała mu o wczorajszym zamieszaniu z powodu długiej jej nieobecności i powiedziała, że dziś zabawić długo nie może, choć serce bardzo tego pragnie. Rozpromieniony ze szczęścia rycerz ucałował ponownie jej dłoń i oświadczył, że przyjedzie z oświadczynami do jej ojca. Całe zdarzenie obserwował z ukrycia wierny sługa Kmity i gdy młodzi żegnali się, szybko powrócił do zamku, by opowiedzieć dziedzicowi o niecodziennym zdarzeniu. Wywołał tym większy smutek i zaniepokojenie u starego Kmity, który po powrocie córki poprosił ją o rozmowę, oświadczając, że jej rękę obiecał swemu przyjacielowi i jako rycerz musi dotrzymać słowa.

         Rozpłakała się rzewnymi łzami piękna Małgorzata, odpowiadając ojcu, że za tego starca nie wyjdzie. Gdy ojciec nadal nalegał i prosił o zgodę dla jej szczęścia, odpowiedziała zapłakana, że woli śmierć niż takiego męża. Wywołała tym jeszcze większy smutek u ojca i od tej pory nie spuszczano jej z oczu, a na spacery mogła udawać się tylko w towarzystwie panien dworskich. Ojciec jeszcze kilkakrotnie próbował przekonać ją do swej decyzji, uzasadniając ją korzyściami majątkowymi, lecz młodziutka Małgorzata zawsze błagała słowami: „tylko nie ten starzec”.

         Czarny rycerz obserwował zamek z ukrycia przez kilka dni i zrozumiał, że ktoś musiał donieść rodzicom Małgorzaty o ich spotkaniu. Zaniepokoiła go smutna twarz dziewczęcia  i jej spacery nad Sanem w asyście służby. Nie znając prawdy i planów ojca, postanowił oświadczyć się oficjalnie.

W południe dnia następnego – niby to przejeżdżając traktem królewskim – przybył do zamku sobieńskiego i złożył wizytę ojcu Małgorzaty. Tenże nie wytrzymał nerwowo i już w pierwszych chwilach rozmowy oświadczył, że nie godzi się tak dzielnemu rycerzowi spotykać się z córką Małgorzatą w lesie bez wiedzy i zgody jej ojca oraz całować jej dłoń. Uznał tajemne spotkanie za ogromny nietakt i oznajmił, że Małgorzata ma już narzeczonego, za którego niebawem będzie wydana. Dla jej dobra powinien jeszcze tego samego dnia odjechać w swoje strony, nie łamiąc młodego serca jego córki. W obyczaju rycerskim takie oświadczenie ojca bez zapewnienia gościnności podróżującemu w swoim zamku nakazywało opuścić niegościnne miejsce jak najszybciej. Nieznany rycerz jeszcze po południu udał się w dalszą podróż, odwiedzając okoliczne rycerstwo i tam znajdując gościnę. Nadal nie ujawniał, kim jest naprawdę, aby faktem pochodzenia z rodu książęcego nie wymuszać decyzji
na ojcu Małgorzaty.

         Po jego odjeździe stary Kmita urządził zaręczyny, w których zapłakana córka za nic w świecie nie chciała wziąć udziału, grożąc skokiem w przepaść z murów zamkowych. W tej sytuacji ojciec kazał ją zamknąć w komnatach i strzec dniem i nocą. Ze swoim przyjacielem spędzał czas na polowaniu i pijatyce, tłumacząc mu, że dziewka jest jeszcze młoda i błaga o odroczenie ślubu na później. Tenże przyjął te wyjaśnienia ze zrozumieniem, oświadczając, że na tak piękną żonę może poczekać, ile tylko trzeba.

Upłynął kolejny rok i sytuacja nie uległa zmianie. Małgorzata nie godziła się na zaręczyny i błagała ojca o zwłokę o następny rok. Tak minęły dwa lata. Nikt nie przypuszczał, że zakochany w niej czarny rycerz z Węgier przysyła przez zaufanych kupców liściki do Małgorzaty zapewniające o jego wierności i oczekiwaniu na zmianę decyzji ojca. One to podtrzymywały ją na duchu i pozwalały trwać w tej beznadziejnej sytuacji. Mimo kilku rozmów z ojcem, tenże absolutnie nie chciał zmienić zdania.

         Gdy Małgosia ukończyła 16. rok życia, wówczas ojciec oświadczył, że czas najwyższy szykować się do ślubu. Mimo strumieni łez i błagań córki nie zamierzał zmieniać zdania i zaplanował jej ślub początkiem jesieni. Dziewczyna zamknęła się w komnatach zamkowych i nieustannie płakała. Pogrążona w nieopisanym smutku nie pokazywała się na nadsańskich łąkach, przestała spać, jeść i pięknie śpiewać wieczorami z zamkowej baszty. Nie pomogły prośby matki i groźby ojca. Z dnia na dzień szczuplała, bladła coraz bardziej, nie przyjmowała posiłków i szeptała nieustannie modlitwy błagalne do Boga, prosząc o odmianę swego losu.

         Tymczasem nadeszło piękne lato i starosta sanocki zwołał w wolnym mieście królewskim turniej rycerski, zapraszając rycerstwo ziemi sanockiej.
Dla zwycięzcy, który wykaże się największą zręcznością i pokona w walce wręcz niedźwiedzia, król Polski wyznaczył dużą nagrodę, którą w jego imieniu miał wręczyć starosta. Zjechali więc do Sanoka najznakomitsi rycerze z całej okolicy, a także ze Słowacji i Węgier, szykując się do turnieju. Zwabiła ich nie tylko wyznaczona przez króla nagroda, ale przede wszystkim chęć sławy. Zabrana przez rodziców Małgorzata wypatrywała czarnego rycerza, lecz nadaremnie. Tak sobie wówczas myślała: obym go choć raz jeszcze w życiu zobaczyła i spojrzała w jego piękne oczy? Nie przypuszczała wówczas, że jej marzenie spełni się nieoczekiwanie po zakończeniu turnieju.

Kiedy rycerze ustawili się do prezentacji na placu zamkowym, każdy na pięknym koniu w pełnej gali i z tarczą herbową, trębacz miejski oznajmił sygnałem, że ktoś zacny zbliża się w pośpiechu do zamku. Starosta wstrzymał rozpoczęcie turnieju zaciekawiony zbliżającym się niecodziennym orszakiem. Ku zdumieniu wszystkich na dziedziniec wjechał na biało ubrany rycerz, prowadząc za swoim koniem 12 przywiązanych do sznura zbójników beskidzkich, którzy napadli na niego w drodze. Oddał pojmanych służbie zamkowej w celu osadzenia w wieży sanockiego zamku i osądzenia, a sam stanął na skraju grupy rycerzy, zgłaszając w ostatniej chwili chęć udziału w tym ważnym turnieju.

         Po sygnale trębacza zamkowego rycerze kolejno strzelali z łuku i z kuszy do tarczy, rzucali do niej oszczepem z biegnącego konia, strącali włócznią kukły z pala, popisywali się zręcznością w pokonywaniu przeszkód, a także swą siłą w uderzaniu toporem w wirującą tarczę. Wśród nich znalazł się również przyjaciel Kmity, starający się o rękę pięknej Małgorzaty. Mimo podeszłego wieku, chciał pokazać swoją zręczność wobec przyszłej, obiecanej mu przez ojca małżonki. Okazał się on najlepszym wśród rycerstwa ziemi sanockiej, a przybyły w ostatniej chwili biały rycerz najzręczniejszym wśród rycerstwa zagranicznego. Oni to obaj mieli teraz stoczyć walkę wręcz z trzymanym za mocnym parkanem niedźwiedziem. Po chwilowym odpoczynku starosta zarządził losowanie kolejności. Pierwszy los wyciągnął przyjaciel Kmity, drugi biały rycerz.

         Po sygnałach trębaczy wszedł z oszczepem za ogrodzenie pewien swego zwycięstwa stary i doświadczony w wielu polowaniach przyjaciel Kmity, który w swoim życiu niejednego już ubił niedźwiedzia. Aby być sprawniejszym w walce z dzikim zwierzem, zdjął z siebie hełm nakrywający głowę i ciężką zbroję, pozostając tylko w kolczudze. Od razu ruszył żwawo z oszczepem ku niedźwiedziowi, by zadać mu śmiertelny cios. Niedźwiedź, widząc biegnącego ku niemu człowieka, nie stanął na łapach jak to zwykle zwykł czynić, lecz skoczył szusem ku rycerzowi i pochyloną ku ziemi głową znienacka powalił go na ziemię. Widownia zamarła z przerażenia! Rycerzowi wypadł z ręki oszczep i nie miał się czym bronić. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, podniósł się na kolana i skoczył po leżący nieopodal oszczep. Zwierz był też szybki i w tym momencie runął na rycerza, uderzając go łapą w kark. Trysnęła krew i ciężko ranny rycerz zwalił się na ziemię. Wydawało się, że to już koniec walki. Niedźwiedź stanął na dwóch łapach, aby rozszarpać leżącego, lecz w tym momencie za ogrodzenie wbiegł biały rycerz z toporem i krzykiem zwrócił jego uwagę na siebie. Zwierz zawahał się chwilę, nie wiedząc, kim najpierw się zająć. Ten moment wystarczył białemu rycerzowi na szybkie zbliżenie się do niego i uderzenie toporem w kark. Szczęśliwie trafił w tętnicę zwierza, z której trysnęła w górę krew, skrapiając jego białe szaty. Rycerz odskoczył, szykując się do kolejnego ciosu, lecz ranny niedźwiedź zwalił się na ziemię. Drugi cios topora w łeb okazał się dla niego śmiertelny.

Na widowni rozległy się wiwaty Ten brawurowy wyczyn białego rycerza ratującego życie swojemu polskiemu koledze przyjęto niezwykłymi owacjami. Były one jeszcze większe w momencie wynoszenia na rękach poza ogrodzenie ciężko rannego Polaka. Niestety cyrulicy zamkowi nie zdołali go uratować i zmarł wkrótce z  upływu krwi. Smutek ogarnął wszystkich, a strawionej zgryzotą Małgorzacie kamień spadł z serca. Oto odszedł do wieczności człowiek, którego miała wkrótce poślubić z woli ojca. Ten smutny incydent spowodował chwilowe odroczenie uroczystości prezentacji zwycięzcy, który na zapleczu zamkowym zdążył się umyć i zmienić białe szaty.

         Niebawem starosta sanocki poprosił białego rycerza na podium, aby wręczyć mu nagrodę. Tenże przez cały czas występował w pełnej zbroi rycerskiej i nie odsłaniał twarzy. Dopiero po wejściu na podium bez hełmu został rozpoznany przez Małgorzatę i jej ojca. Spoglądając na siebie, oboje zaniemówili z wrażenia. Strapione do niedawna serce Małgosi biło mocno jak młot kowalski, a na jej bladej twarzy pojawiły się rumieńce. Zauważyli to ojciec z matką i ich służba.

Tymczasem starosta sanocki donośnym głosem wyrażał wielkie uznanie dla młodego i nieznanego jeszcze w mieście rycerza za jego znakomity kunszt rycerski, postawę godną naśladowania i niebywałą wręcz odwagę przy ratowaniu polskiego szlachetnie urodzonego kolegi. W końcu zapytał kim jest i skąd przybywa. Wówczas biały rycerz oznajmił, że na imię ma Matyas i pochodzi z węgierskiego rodu z Siedmiogrodu. Szmer przeszedł po zebranych i wszystkich ogarnęło niebywałe zdumienie. Dziwili się, że tak szlachetnie urodzony młodzieniec zachowywał się tak skromnie i na turniej przybył bez orszaku.

         Starosta sanocki, wyrażając swoje uznanie dla jego rycerskości, wręczył w imieniu króla nagrodę i zapytał, czy zwyczajem rycerskim chciałby złożyć ślub wierności jakiejś polskiej damie. Uśmiechnięty rycerz odpowiedział dość poprawną polszczyzną, że ślubował już przed czterema laty na zamku sobieńskim bronić czci i honoru Małgorzaty Kmitówny i ślub ten pragnie dziś w obecności jej rodziców ponowić, prosząc ich równocześnie o przyjęcie oświadczyn. Oszołomiona Małgorzata nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Zanim ochłonęła z wrażenia, podszedł do niej promieniujący z radości biały rycerz, ucałował jej drżącą dłoń i poprosił publicznie rodziców o przyjęcie oświadczyn. Wszyscy zgromadzeni zaniemówili i nastała głęboka cisza. Słychać było szmer płynącego u podnóża zamkowego Sanu. Ojciec Małgorzaty spojrzał najpierw na rozpromienioną z radości córkę i szczęśliwe oblicze jej matki, a następnie oznajmił donośnym głosem: - Skoro dziś Bóg Wszechmogący powołał do siebie jej wyznaczonego przez mnie narzeczonego, to przyjmuję te oświadczyny i zapraszam dzielnego rycerza Matyasa do mojego zamku sobieńskiego na zaręczyny.

         Radość ogarnęła wszystkich zebranych i oboje zakochanych. Rycerstwo wiwatowało bez końca, a Małgorzata rzuciła się ojcu na szyję, dziękując za te słowa i zgodę na poślubienie wybranka swego serca. Zgromadzeni goście licznym orszakiem udali się z Sanoka do zamku sobieńskiego, gdzie odbyły się oficjalne zaręczyny Małgorzaty z Matyasem. W salach zamkowych bawiono się i wiwatowano niemal do rana, zanim sen zmorzył wszystkich gości. Nie spali tylko młodzi, wpatrując się w siebie rozmarzonymi oczyma.

         Jesienią Kmitowie wyprawili w sobieńskim zamku huczne wesele, na które zjechał kwiat rycerstwa węgierskiego, wielu znamienitych magnatów i zacnych gości. Wkrótce potem Małgorzata zwana powszechnie „sobieńskim aniołem” w białych szatach, siedząc w pięknej karecie zaprzężonej w białe konie obok ubranego również na biało Matyasa opuszczała swoje ukochane nadsańskie strony, udając się wraz z poślubionym małżonkiem do węgierskiego Siedmiogrodu. Przy trakcie węgierskim żegnali ją kwiatami rycerze i chłopi, dla których okazywała zawsze tyle serdeczności.

 

Legenda „Sobieński Anioł” pochodzi z przewodnika „Lesko i okolice” autorstwa Stanisława Orłowskiego.
Zamieszczono za zgodą autora.